Nic nie jest takie, na jakie wygląda

son

Na scenie, minimalnie rozjaśnionej niebieskim „księżycowym” światłem, krzątają się wokół ustawionych rzędem łóżek–stołów niespokojne duchy. Trochę jak willidy na cmentarzu w Giselle. Przewracają się z boku na bok, wstają i kładą się znów… Tak kończy się Sonata widm w reżyserii Matsa Eka i wykonaniu sztokholmskiego Dramaten. Spektakl można było zobaczyć w ramach festiwalu Spotkanie Teatrów Narodowych 2013 w Warszawie.

Wypełniać starą formę nową istotnością i nowym życiem znaczy: traktować tradycję serio. Tylko poważne studium źródła może odnowić potok – stwierdza Ek.

I to właśnie robi, w teatrze baletowym, operowym, dramatycznym. Jego przeróbki dzieł klasycznych zawsze są kompleksowe, a podział na „teatr słowa” i „teatr tańca” traci w nich na znaczeniu. Reinterpretacja Giselle z 1982 roku całkowicie zmieniła teatr baletowy. Taniec Eka jest rozpoznawalny, dynamiczny i trochę surowy, cierpki. Ugięte w niskim plié nogi, ruchliwy tułów tancerza, wyciągnięta dłoń jako przedłużenie ramienia, wskazujące kierunek spojrzenie, duże przemieszczenia i długie ruchy, nagłe zmiany kierunku i runięcia na podłogę. Mats zawsze był mistrzem gestu – powszedniego i prozaicznego, który nadawał jego choreografii osobisty, ciepły wymiar. Drżące kolana, trzepoczące dłonie, drapanie się, kopanie, sapanie, gwizdy i krzyki… sprowadzają widza „na ziemię”. To tylko życie, jakby chce powiedzieć choreograf. Styl i forma w jego dziełach stapiają się w koncept, który może opierać się na jakimś nastroju, myśli, tekście. Charakterystyczna dla spektakli Eka jest także uwaga poświęcana detalom i każdemu z przedmiotów na scenie.

Zabawnie jest używać prostych rzeczy, które na scenie stają się czymś więcej. Balonik, który pojawia się w paru spektaklach, daje posmak wesołego miasteczka, ale jest także delikatny – mówi choreograf.

I w Coś jakby… baloniki pękały, mówiąc nam o kruchości życia i płonności marzeń. Zresztą dzieła Eka stwarzają nieskończone możliwości do tworzenia interpretacji. Pełne są różnych znaczeń i sensów. Nic nigdy nie jest w nich całkowicie ani czarne ani białe, ani dobre ani złe. Linie podziału przebiegają przez wszystko i wszystkich. Czuły kochanek za chwilę stać się może zabójcą, zrzędliwa starucha zakochaną kobietą. Świat jest skomplikowany i niekoniecznie poznawalny.

W Sonacie widm taniec jest tak samo stale obecny, jak i muzyka. Jest nieuświadomionym pragnieniem, marzeniem, snem, niewypowiedzianą kwestią. Czasami jest też „genderowym markerem”. Niektórym rolom Ek pozamieniał płcie. Choreografia jest bardzo w tym pomocna. Taniec z lusterkiem Damy w bieli jest tak kobiecy, iż niemożliwym staje się odkrycie, że Damę gra aktor i reżyser Etienne Glaser. Natomiast złośliwy Hummel, tańczący o kulach, to Sitna Ekblad – nie do rozpoznania. Aktorka w jednym z wywiadów mówiła:

Byłam szczęśliwa, że mogę porzucić to, co kobiece i przestać myśleć o tym, jak wyglądam i jak mówię… Są poważniejsze sprawy, o których warto pomyśleć.

Siedemdziesięcioletni Niklas Ek, grający Dziewczynkę, w powolnych chainé i podskokach rzeczywiście wydaje się być jak zalęknione dziecko. Aktorzy dramatyczni muzykują i tańczą, profesjonalni tancerze grają. Każdy przekracza jakąś granicę. Wychodzi poza siebie i poza znane sobie role. Widz też. Na końcu pozostaje pytanie: co jest dobre a co złe? Dlaczego zdarza się, że człowiek czyniąc dobro dla jednego, drugiego jednocześnie krzywdzi? Kto jest kim i dlaczego nie potrafimy żyć „prawidłowo”? Czy odpowiedzi na te pytania poznamy w starości? Czy raczej pozostaniemy niespokojnymi duchami w księżycowej poświacie?

… po spektaklu, Warszawa 13.06.2013, fot. A. Nabokina
Reklamy
%d blogerów lubi to: