Sztuka żywa i ożywiona. Van Gogh w Moskwie

gogh1

Na początku roku w moskiewskim centrum dizajnu ARTPLAY prezentowana była multimedialna wystawa „Van Gogh. Żywe obrazy”. Nikomu – zdaje się – nie trzeba jakoś szczególnie przedstawiać obrazów Van Gogha, by zachęcić do obejrzenia poświęconej im ekspozycji. Ten projekt był jednak wyjątkowo kuszący. Miał też inne zadanie niż tylko prezentacja dzieł artysty.

Twórcy GRANDE EXHIBITIONS próbują przedefiniować sam akt oglądania wystaw. „Zapomnijcie wszystko – piszą – co wiecie o wystawach sztuki. Pozostawcie za progiem zwyczaj chodzenia na paluszkach i w milczeniu po salach, by zza pleców innych widzów oglądać obrazy. Przygotujcie wzrok i słuch do najmocniejszych wrażeń.”  Taka zachęta dla zmysłów mamiła. O projekcie było głośno i do ARTPLAY ciągnęły tłumy, co niektórych mogło też odstraszać. Na przykład mnie. Ciekawość i chęć zdobycia nowego doświadczenia przeważyły jednak. Po długim oczekiwaniu w kolejce po bilety weszłam wraz z innymi odwiedzającymi do ciemnych drzwi za kasami. Na początku poruszaliśmy się wąskim korytarzem, gdzie było ciasno i duszno. Z oddali pobrzmiewały dźwięki muzyki. Na jednej ze ścian korytarza prezentowano kilka podstawowych informacji o życiu Van Gogha. Nie chciało mi się czytać. Byłam nastawiona sceptycznie i śpieszyłam zobaczyć część główną projektu. Przecisnęłam się więc pomiędzy ludźmi i weszłam do ogromnej zaciemnionej sali.

Projekcja już trwała. Na pufach, w wygodnych fotelach i na podłodze siedzieli widzowie. Wpatrywali się jak zaczarowani w ruszające się obrazy wyświetlane na ogromnych ekranach. Ekrany znajdowały się na ścianach, podłodze i na swobodnie postawionych wysokich filarach. Obrazy były wszędzie, w całości i rozbite na szczegóły. Pokazywane w sekwencjach poświęconych określonym etapom życia artysty. Etten, Nuenen, Antwerpia, Paryż, Arles, Saint-Rémy… Ze wszystkich stron otaczały nas dziwne twarze – nieliczni bohaterowie płócien Van Gogha. Także jego portrety. Tu z zabandażowanym uchem, tam w kapeluszu. Czujnym wzrokiem, trochę niepewny siebie artysta przyglądał się swoim widzom. Na ścianach i suficie rosły słoneczniki, powstawał pokój Van Gogha w Arles, kobiety zbierały czerwone winogrona, a nad łanem zboża krążyły czarne kruki. Krążyły by na końcu widowiska odlecieć precz. Temu wszystkiemu towarzyszyła muzyka klasyczna. Byłam urzeczona i zostałam na następną projekcję.

I znów Etten, Nuenen, Antwerpia, animowany pociąg zmierzający do Paryża, a zatem Arles, Saint-Rémy… i kruki. Jak w magicznej latarni czy fantasmagorii. Obrazy zmieniały się miarowo i nienagannie. To idealny balet – myślałam. Doskonały, pozbawiony ludzkiego błędu. Kiedy rozpoczynała się kolejna projekcja, zbierałam się powoli do wyjścia. Nieoczekiwanie zwróciłam uwagę, że widowisko zaczęło się zmieniać. Zamiast projekcyjnej muzyki rozbrzmiewało tango „Scent of a Woman”, później rozpoczęła się „Węgierska rapsodia” F. Liszta. Słychać było oklaski.

gogh2

We wnęce na końcu sali rozpoczął swój występ kwartet smyczkowy. Czterech młodych muzyków z rozrzewnieniem uderzało w struny. Ruchy ich ciał, kołyszących się w takt muzyki, radość malująca się na twarzy, wymieniane spojrzenia przyciągały. Energia ta była tak zaraźliwa, że wszyscy zaczęliśmy się zbierać wokół nich. Ich ruchy stawały się naszymi ruchami, a rytm muzyki był rytmem naszych serc. W jednej chwili staliśmy się uczestnikami improwizowanego koncertu. Tu i teraz. Nasz entuzjazm napędzał muzyków. Zamówieni, by towarzyszyć projekcji, stali się oni w ten wieczór centrum widowiska, zmieniając jego sens i rozstawiając inne akcenty.

Psychologowie zwracają uwagę, że człowiek znajdując się w towarzystwie innych nie może nie reagować na ich obecność. W ludzkim mózgu istnieją komórki zwierciadlane, reagujące dostosowaniem się na działania i aurę emocjonalną innych. Jak pisał w „Fenomenologii percepcji” M. Merleau-Ponty, postrzegamy ruch poprzez ciało, które tkwi w świecie tak, jak serce w organizmie: stale podtrzymując przy życiu widzialny spektakl, ożywia go i karmi od wewnątrz, tworzy z nim pewien układ. Kinetyczne doznania tego wieczoru były żywą ilustracją myśli fenomenologa. Czy nie jest tak, iż i magiczne latanie, i kinematograf, i technika cyfrowa „ożywiające” obrazy są jedynie naśladownictwem żywego ruchu w naszej teraźniejszości?

gogh3

„Van Gogh. Żywe obrazy” marzec 2014
Kwartet smyczkowy „Paganini”
fot. A. Nabokina
http://www.vangoghalive.com
Reklamy
%d blogerów lubi to: